Poza tym wszystkim co widać, słychać i czuć, albo może poprzez to wszystko, czy wręcz w tym wszystkim, jest Tło Istnienia. Rożnie to nazywamy: Naturą Buddy, Duchem, Pustką, Bogiem, Prarzeczywistością, Wielkim Umysłem, Świadomością. Samo Tło jednak nie ma nazwy, koloru, dźwięku, zapachu, ani żadnych zjawisk. Jednak wciąż i wciąż przyjmuje rożne kolory, dźwięki, formy. I istnieje w ciągłej gotowości do objawienia się i objawia się stale i stale. Tło jest przy tym paradoksalnie niezmienne.
Jednak cała moja uwaga jest skierowana na świat zjawisk i form, tego co widać słychać i czuć. I tu się zaczyna zamęt, niepokój, cierpienie. A wystarczy przecież tylko przenieść uwagę na tło, ekran zjawisk, a sprawy się spowalniają, wyciszają, wręcz znikają. Same przebłyski i krótkie olśnienia, momenty kontaktu z Tłem nie wystarczą. Konieczne jest zanurzenie się w nim. Wymaga to jednak sporo pracy i trudu. Najwyraźniej.
Integralni.org
Pisane zamiast porannej kawy. W małych łyczkach przygotowane do konsumpcji. Czasem obudzi, czasem zdenerwuje, czasem przejdzie niezauważalnie całkiem.
czwartek, 2 września 2010
wtorek, 31 sierpnia 2010
Przeżyć kolejny dzień nadchodzącej jesieni
Jak to zrobić? Ano codziennie jednej piosenki słuchać. Na dziś będzie taka:
| Reakcje: |
środa, 25 sierpnia 2010
Po wakacjach - jak historie wędrują przez świat.
Powrót do pracy nie sprzyja myśleniu i zadumie. Więc nic nie pisałem. Ale wczoraj się pojawił nowy wątek.
Wczoraj, jak zwykle co dwa tygodnie, pogadałem sobie przez Skype z Daną z USA. Dana to integralny konsultant, który niemal na pewno pojawi się w Polsce na naszej konferencji. Różnica czasu między Gdańskiem a jego miastem w Stanach to 9 godzin, więc trudno znaleźć taki moment, że ja jeszcze jestem na nogach, a on już jest obudzony. Ale jakoś dajemy radę. I to całe nasze gadanie ma, oprócz miłego planowania różnych różności i wymiany zdań, jeszcze jeden inspirujący wątek. Otóż siedzę sobie w mieszkaniu w Trójmieście, a na stoliku, przez komputer sobie z całym światem gadam. Takie okienko na cały świat się otwiera. W takich momentach można zdecydowanie docenić zalety mieszkania na prowincji. Mała kula ziemska na moim biurku. Cała kula ziemska. Miliardy ludzi. Byle tylko był pomysł o czym rozmawiać. A na szczęście tych pomysłów nie brakuje. Bo:
1. Tworzymy sieć firm integralnych w Europie (za parę tygodni mamy większą naradę w gronie Rosjan, Ukraińców, Litwinów, Niemców i kogo tam jeszcze - a wszystko przez Skype),
2. Organizujemy pobyt i warsztaty Dany w Polsce,
3. Sobie o rozwoju snujemy mądrości,
4. Opowiadamy o własnej praktyce,
5. Próbujemy zrozumieć co jeden do drugiego mówi, kim kto jest, jak to w ogóle jest być człowiekiem,
6. Etc., etc - ten wątek jest najlepszy, bo i o tankach, o adopcji dzieci, o biznesie oraz co tam się wymyśli w międzyczasie.
Dana opowiedział mi wczoraj prostą i krótką historię. Otóż poszedł z kolegami w góry, żeby w spokoju popracować. W ciszy, na odludziu chcieli odpocząć i zaplanować nowy sezon integralny. Trafili dość wysoko, gdzie już nie było nikogo słychać, ani widać. Siedzą nad kompem w krzakach, a z tych krzaków wychodzi dwóch gości, około 60 lat każdy. Jeden czarny, łysy i muskularny; drugi biały, siwy, wysuszony, z brodą po pas. Idą sobie po górach. Przysiadają się do grona zapracowanych ludzi i opowiadają, że od 40 lat, co roku robią sobie wspólnie dwutygodniową wycieczkę w góry. Ze poznali się w wojsku, że ich znajomość jakoś tak się ułożyła, że już ze 40-ty raz razem idą po górach, nie za wiele gadając, choć na początku wycieczki to i owszem coś gadają. A spojrzenia mają spokojne.
Siedzą sobie wszyscy razem i powoli dla wszystkich staje się jasne, że życie jest piękne; że to wielkie szczęście żyć; że każda chwila jest wyjątkowa i piękna, a niektóre z tych chwil są niemal ekstatyczne.
Tak się zaczął dla mnie wczorajszy wieczór. Dzięki tej historii miałem mnóstwo energii i radości przez długi czas. Tak kamyk wrzucony do jeziora wywołał fale na drugim brzegi wody. Tak historie wędrują przez świat.
Wczoraj, jak zwykle co dwa tygodnie, pogadałem sobie przez Skype z Daną z USA. Dana to integralny konsultant, który niemal na pewno pojawi się w Polsce na naszej konferencji. Różnica czasu między Gdańskiem a jego miastem w Stanach to 9 godzin, więc trudno znaleźć taki moment, że ja jeszcze jestem na nogach, a on już jest obudzony. Ale jakoś dajemy radę. I to całe nasze gadanie ma, oprócz miłego planowania różnych różności i wymiany zdań, jeszcze jeden inspirujący wątek. Otóż siedzę sobie w mieszkaniu w Trójmieście, a na stoliku, przez komputer sobie z całym światem gadam. Takie okienko na cały świat się otwiera. W takich momentach można zdecydowanie docenić zalety mieszkania na prowincji. Mała kula ziemska na moim biurku. Cała kula ziemska. Miliardy ludzi. Byle tylko był pomysł o czym rozmawiać. A na szczęście tych pomysłów nie brakuje. Bo:
1. Tworzymy sieć firm integralnych w Europie (za parę tygodni mamy większą naradę w gronie Rosjan, Ukraińców, Litwinów, Niemców i kogo tam jeszcze - a wszystko przez Skype),
2. Organizujemy pobyt i warsztaty Dany w Polsce,
3. Sobie o rozwoju snujemy mądrości,
4. Opowiadamy o własnej praktyce,
5. Próbujemy zrozumieć co jeden do drugiego mówi, kim kto jest, jak to w ogóle jest być człowiekiem,
6. Etc., etc - ten wątek jest najlepszy, bo i o tankach, o adopcji dzieci, o biznesie oraz co tam się wymyśli w międzyczasie.
Dana opowiedział mi wczoraj prostą i krótką historię. Otóż poszedł z kolegami w góry, żeby w spokoju popracować. W ciszy, na odludziu chcieli odpocząć i zaplanować nowy sezon integralny. Trafili dość wysoko, gdzie już nie było nikogo słychać, ani widać. Siedzą nad kompem w krzakach, a z tych krzaków wychodzi dwóch gości, około 60 lat każdy. Jeden czarny, łysy i muskularny; drugi biały, siwy, wysuszony, z brodą po pas. Idą sobie po górach. Przysiadają się do grona zapracowanych ludzi i opowiadają, że od 40 lat, co roku robią sobie wspólnie dwutygodniową wycieczkę w góry. Ze poznali się w wojsku, że ich znajomość jakoś tak się ułożyła, że już ze 40-ty raz razem idą po górach, nie za wiele gadając, choć na początku wycieczki to i owszem coś gadają. A spojrzenia mają spokojne.
Siedzą sobie wszyscy razem i powoli dla wszystkich staje się jasne, że życie jest piękne; że to wielkie szczęście żyć; że każda chwila jest wyjątkowa i piękna, a niektóre z tych chwil są niemal ekstatyczne.
Tak się zaczął dla mnie wczorajszy wieczór. Dzięki tej historii miałem mnóstwo energii i radości przez długi czas. Tak kamyk wrzucony do jeziora wywołał fale na drugim brzegi wody. Tak historie wędrują przez świat.
| Reakcje: |
środa, 4 sierpnia 2010
Wszystko wiadomo
Wiadomo, że do prawdziwego szczęścia, realizacji własnej natury, oświecenia trzeba:
1. Żyć w "tu i teraz", zanurzyć się w chwili aktualnej,
2. Wyjść, zapomnieć, przekroczyć, wykroczyć poza ego,
3. Porzucić poszukiwania własnej natury, oświecenia,
4. Nie starać się pojąć spraw intelektualnie, porzucić te zamierzenia,
5. Znacznie mniej przejmować się sobą,
6. Etc., etc.,
Tylko co z tego, że wiadomo?
1. Żyć w "tu i teraz", zanurzyć się w chwili aktualnej,
2. Wyjść, zapomnieć, przekroczyć, wykroczyć poza ego,
3. Porzucić poszukiwania własnej natury, oświecenia,
4. Nie starać się pojąć spraw intelektualnie, porzucić te zamierzenia,
5. Znacznie mniej przejmować się sobą,
6. Etc., etc.,
Tylko co z tego, że wiadomo?
| Reakcje: |
sobota, 31 lipca 2010
Punkty widzenia, czyli co się naprawdę dzieje.
W zasadzie to miłe doświadczenie, że każde wydarzenie mogę widzieć, rozumieć z co najmniej kilku pozycji. Wypadek pod Smoleńskiem, walka o krzyż, podnoszenie podatków są w gruncie rzeczy marginalne z tego punktu widzenia. Mam o wiele ciekawsze pole badania - moje własne życie. Laboratorium towarzyszy mi 24 godziny na dobę.
Po pierwsze mogę przyjąć, co z reguły zresztą zwyczajowo czynię, pozycję Uczestnika zdarzeń. W tym wypadku, zanurzony po uszy w zdarzeniach, każde z nich ma konkretne znaczenie, sens. Miarą znaczenia i rozumienia zdarzeń są moje opinie, potrzeby, przekonania, emocje i wszystko inne co zwykle przyjmuje się za "Ja". Coś może być dobre, złe, obojętne; może sprzyjać, może być szaleństwem, głupotą lub wręcz przeciwnie - najwyższą mądrością. W tym wypadku walka o krzyż może być walką o wiarę ojców lub przeciwnie - przejawem szaleństwa. Zależnie od moich przekonań jako Uczestnika tych zdarzeń. W tym układzie zdarzenia mogą być dobre lub złe, można mieć rację lub nie, można cierpieć lub mieć szczęście. Królują emocje, nawyki, ideologie.
Po drugie, mogę przyjąć pozycję Badacza. Wówczas zdarzenia są sceną na której działają różne mechanizmy, a to psychologiczne, a to społeczne, a to biologiczne, ewolucyjne czy jeszcze jakieś. Ambicją tego punktu widzenia jest zrozumienie naturalnie działających sił i energii w świecie i we mnie. Jak ludzie reagują na jakieś zdarzenia, jak ja reaguję na jakieś zdarzenia? Walka o krzyż wówczas przypomina studiowanie zachowania walczących pszczół czy mrówek, a moje własne życie to obserwacja pracowitego życia jakiegoś owada. W gruncie rzeczy świat społeczny nie różni się od studiowania brzóz czy krzewów róży. Z tego punktu widzenia sprawy są interesujące lub nieciekawe; można coś rozumieć lub nie rozumieć; pojmować lub nie pojmować. Sprawy stają znacznie mniej związane z "dobrem i złem". Raczej zakłada się, że świat i życie są sceną działania różnych sił i czasem starcie owych sił daje jakiś rezultat, a czasem coś zupełnie innego. Władcą tego punktu widzenia jest Intelekt. Tutaj szukamy odpowiedzi na różne pytania.
Po trzecie wreszcie, można przyjąć pozycję Świadka, Obserwatora. Składa się na nią spora część Uczestnika i Badacza, ale coś jeszcze. To "coś" nazwałbym "zadziwieniem". O ile Badacz przyjmuje za naturalne, że są pewne mechanizmy o tyle Świadek zaskoczony jest także i tym, że w ogóle są jakieś mechanizmy i obserwuje jak owe mechanizmy w ogóle się pojawiają, a przecież nie muszą. O ile Uczestnik ma pewność co do zdarzeń o tyle Świadek zajęty jest obserwacją tego kto tę rację ma. I jak to jest, że w ogóle ktoś myśli, że ma rację. I jest zadziwiony, że można myśleć w kategoriach "posiadania racji". I jak to jest, że takie przekonanie powstaje. Prawdę mówiąc Świadek bardziej zajmuje się sobą niż zdarzeniami. A dokładnie swoją świadomością i uwagą. W tej pozycji nie ma rozumienia czy nierozumienia; dobra czy zła; prawdy lub nieprawdy. Nie ma bo być nie może, jest tylko Obserwacja. Nie ma żadnych odpowiedzi, ale nie ma też pytań.
Z pewnością jest jeszcze wiele innych punktów widzenia nam dostępnych. Tyle na początek.
Po pierwsze mogę przyjąć, co z reguły zresztą zwyczajowo czynię, pozycję Uczestnika zdarzeń. W tym wypadku, zanurzony po uszy w zdarzeniach, każde z nich ma konkretne znaczenie, sens. Miarą znaczenia i rozumienia zdarzeń są moje opinie, potrzeby, przekonania, emocje i wszystko inne co zwykle przyjmuje się za "Ja". Coś może być dobre, złe, obojętne; może sprzyjać, może być szaleństwem, głupotą lub wręcz przeciwnie - najwyższą mądrością. W tym wypadku walka o krzyż może być walką o wiarę ojców lub przeciwnie - przejawem szaleństwa. Zależnie od moich przekonań jako Uczestnika tych zdarzeń. W tym układzie zdarzenia mogą być dobre lub złe, można mieć rację lub nie, można cierpieć lub mieć szczęście. Królują emocje, nawyki, ideologie.
Po drugie, mogę przyjąć pozycję Badacza. Wówczas zdarzenia są sceną na której działają różne mechanizmy, a to psychologiczne, a to społeczne, a to biologiczne, ewolucyjne czy jeszcze jakieś. Ambicją tego punktu widzenia jest zrozumienie naturalnie działających sił i energii w świecie i we mnie. Jak ludzie reagują na jakieś zdarzenia, jak ja reaguję na jakieś zdarzenia? Walka o krzyż wówczas przypomina studiowanie zachowania walczących pszczół czy mrówek, a moje własne życie to obserwacja pracowitego życia jakiegoś owada. W gruncie rzeczy świat społeczny nie różni się od studiowania brzóz czy krzewów róży. Z tego punktu widzenia sprawy są interesujące lub nieciekawe; można coś rozumieć lub nie rozumieć; pojmować lub nie pojmować. Sprawy stają znacznie mniej związane z "dobrem i złem". Raczej zakłada się, że świat i życie są sceną działania różnych sił i czasem starcie owych sił daje jakiś rezultat, a czasem coś zupełnie innego. Władcą tego punktu widzenia jest Intelekt. Tutaj szukamy odpowiedzi na różne pytania.
Po trzecie wreszcie, można przyjąć pozycję Świadka, Obserwatora. Składa się na nią spora część Uczestnika i Badacza, ale coś jeszcze. To "coś" nazwałbym "zadziwieniem". O ile Badacz przyjmuje za naturalne, że są pewne mechanizmy o tyle Świadek zaskoczony jest także i tym, że w ogóle są jakieś mechanizmy i obserwuje jak owe mechanizmy w ogóle się pojawiają, a przecież nie muszą. O ile Uczestnik ma pewność co do zdarzeń o tyle Świadek zajęty jest obserwacją tego kto tę rację ma. I jak to jest, że w ogóle ktoś myśli, że ma rację. I jest zadziwiony, że można myśleć w kategoriach "posiadania racji". I jak to jest, że takie przekonanie powstaje. Prawdę mówiąc Świadek bardziej zajmuje się sobą niż zdarzeniami. A dokładnie swoją świadomością i uwagą. W tej pozycji nie ma rozumienia czy nierozumienia; dobra czy zła; prawdy lub nieprawdy. Nie ma bo być nie może, jest tylko Obserwacja. Nie ma żadnych odpowiedzi, ale nie ma też pytań.
Z pewnością jest jeszcze wiele innych punktów widzenia nam dostępnych. Tyle na początek.
| Reakcje: |
poniedziałek, 26 lipca 2010
Ekonomia uwagi
Temat zarządzania uwagą zaprząta moją uwagę czas jakiś. Problem ma wiele wymiarów. Tutaj tylko o paru z nich.
Po pierwsze ekonomia. Jakby dobrze policzyć to codziennie jesteśmy poddawani pewno kilkunastu tysiącom różnych przekazów marketingowych. A wszystkie te przekazy walczą to, byśmy je zauważyli. Sklepy są zorganizowane tak, aby pewne produkty przykuwały naszą uwagę. Za najlepszy czas antenowy (a więc taki, który ma szansę przyciągnąć uwagę) płaci się najwięcej. Media w zasadzie funkcjonują poprzez "kupowanie" uwagi odbiorców. W pracy nasza uwaga kierowana jest na różne rzeczy, czasem w sposób zamierzony czasem nie. Zdaje się, że żyjemy w czasach w których uwaga jest dobrem szczególnie drogim. To na co zwrócimy uwagę, jest w następstwie tym co staje się dla nas jakoś ważne.
Po drugie polityka. Z polityką nieodłącznie związane są media. I tu widać dokładnie jak bardzo uwaga kieruje polityka i pracą dziennikarzy. W gruncie rzeczy kierowanie uwagi na różne aspekty naszego życia społecznego jest kreowaniem tego życia, tej sfery życia, a nie jej odzwierciedlaniem. Prosty przykład - wybór najważniejszego tematu do gazety, tematu na pierwszą stronę. Sam ten wybór jest interpretacją rzeczywistości, a nie jej opisem. Coś się uznaje za ważne, coś z kolei za nieistotne. Drugi przykład - od pewnego czasu sporo miejsca zajmuje dyskusja wokół krzyża harcerskiego. Prawdę mówiąc wydaje mi się to dyskusja marginalna, ale jednak poprzez skupienie uwagi urasta do rangi najważniejszego wydarzenia w naszym kraju.
Po trzecie życie osobiste. I tu jest duże pole do zaorania. Co właściwie jest w centrum mojej uwagi większość czasu dnia? Obawiam się, że mój dialog wewnętrzny.
Po pierwsze ekonomia. Jakby dobrze policzyć to codziennie jesteśmy poddawani pewno kilkunastu tysiącom różnych przekazów marketingowych. A wszystkie te przekazy walczą to, byśmy je zauważyli. Sklepy są zorganizowane tak, aby pewne produkty przykuwały naszą uwagę. Za najlepszy czas antenowy (a więc taki, który ma szansę przyciągnąć uwagę) płaci się najwięcej. Media w zasadzie funkcjonują poprzez "kupowanie" uwagi odbiorców. W pracy nasza uwaga kierowana jest na różne rzeczy, czasem w sposób zamierzony czasem nie. Zdaje się, że żyjemy w czasach w których uwaga jest dobrem szczególnie drogim. To na co zwrócimy uwagę, jest w następstwie tym co staje się dla nas jakoś ważne.
Po drugie polityka. Z polityką nieodłącznie związane są media. I tu widać dokładnie jak bardzo uwaga kieruje polityka i pracą dziennikarzy. W gruncie rzeczy kierowanie uwagi na różne aspekty naszego życia społecznego jest kreowaniem tego życia, tej sfery życia, a nie jej odzwierciedlaniem. Prosty przykład - wybór najważniejszego tematu do gazety, tematu na pierwszą stronę. Sam ten wybór jest interpretacją rzeczywistości, a nie jej opisem. Coś się uznaje za ważne, coś z kolei za nieistotne. Drugi przykład - od pewnego czasu sporo miejsca zajmuje dyskusja wokół krzyża harcerskiego. Prawdę mówiąc wydaje mi się to dyskusja marginalna, ale jednak poprzez skupienie uwagi urasta do rangi najważniejszego wydarzenia w naszym kraju.
Po trzecie życie osobiste. I tu jest duże pole do zaorania. Co właściwie jest w centrum mojej uwagi większość czasu dnia? Obawiam się, że mój dialog wewnętrzny.
| Reakcje: |
wtorek, 20 lipca 2010
Po sesshin - wpis jeden
Hipoteza pierwsza – Zen jest oszczędny.
Zen nawet na pierwszy rzut oka wygląda na tradycję oszczędną i minimalistyczną. Dowodów jest pełno. Forma praktyki jest prosta i oszczędna – cóż prostszego można wymyśleć niż siedzenie bez ruchu, a do tego pod ścianą? Chyba tylko leżenie może być prostsze, ale wówczas jest pewność zapadnięcia w drzemkę, a nie praktykowania. Pamiętam dowcip jak to ktoś włamał się do Zendo i zobaczywszy, co w Zendo się znajduje, stwierdził, że nie ma tu nic do ukradzenia, że zdaje się, że ktoś już zrabował to pomieszczenie. Przyznać trzeba, że wystrój Zendo nie powala przepychem. Ludzie w Zendo, tacy sami, cisi, niewyróżniający się. Nazwać adeptów Zen mało kolorowymi, będzie eufemizmem. Sztuka Zen też do barokowych nie należy. Wystarczy poczytać Haiku – 17 sylab, trzy wersy. Dość oszczędnie trzeba przyznać. Jeden obraz, jedna chwila.
Jaka zatem, może być najbardziej minimalistyczna i oszczędna wizja świata i samego siebie? Taka mi się hipoteza sama z siebie odkryła: otóż nic nie ma sensu, poza samym sobą. Moje życie, świat i wszystko, co się dzieje, jest samo dla siebie sensem, znaczeniem. Nie jest tak, iż świat powstał w jakimś celu, np. jako emanacja Boga czy wyraz jego woli, Absolutu czy czegokolwiek. Poza światem nie ma Absolutu, raczej (minimalistycznie rzecz biorąc) świat i wszystko, co się tu dzieje to Absolut właśnie. Nie ma Nieba i Piekła – przynajmniej poza tym światem. W tym świecie i owszem jest Piekło i Niebo, ale są one teraz, a nie kiedyś tam. Nie ma czasu przyszłego i przeszłego, jest tylko Tu i Teraz.
Idąc dalej tropem minimalizmu i oszczędności poznawczej odrzućmy wszelkie miary, porównania i oczekiwania. Wówczas znikną także pojęcia dobrego i złego, sukcesu i porażki, udanego i nieudanego, trudnego i łatwego. A nawet, co jest bardzo zaskakujące, zniknie pojęcie gorąca. A było to szczególnie przydatne podczas 40 stopni w cieniu. Jeśli znika miarka przykładana do życia, świata czy samego siebie, nie sposób popaść w niezadowolenie. Wszystko staje się idealne takie, jakie jest. Ból kolan, pleców, pot na twarzy i całym ciele, niewyspanie, zmęczenie, dzięki minimalizmowi, stają się powodem do szczęścia. Świat nagle robi się zachwycający i niezmiernie ciekawy. Wygląda także na to, że niezmiernie kreatywną i ciekawą czynnością jest siedzenie pod ścianą. Po co robić cokolwiek innego? Można iść walczyć o lepsze jutro. Można też usiąść pod ścianą, a ten wybór wygląda atrakcyjniej.
Z innej strony wszystko, co się dzieje, zwłaszcza z ludźmi, staje się najważniejsze na świecie, ponieważ nie ma nic ważniejszego, ponieważ nie ma nic poza tym, co się dzieje. W związku z tym można posunąć się do górnolotnego stwierdzenia, że wszystko ma „naturę Buddy”. Można też zanurzyć się w świat, taki, jaki jest, nie szukając niczego poza nim i docenić to, co się wydarza. A że wydarza się jednokrotnie, tym większą ma wagę. Każda chwila jest ostatnia, więc zachciewa się zadbać o nią jak o najcenniejszą rzecz w życiu. Minimalizm daje też sporo spokoju, uwalnia energię, która do tej pory pożytkowana była na różne „starania się”. Daje więcej swobody, bo przecież wszystko naprawdę jest w porządku. Minimalizm czyści też pojęcie samego siebie. Myje je tak dogłębnie, że „ja” staje się przezroczyste.
Zen nawet na pierwszy rzut oka wygląda na tradycję oszczędną i minimalistyczną. Dowodów jest pełno. Forma praktyki jest prosta i oszczędna – cóż prostszego można wymyśleć niż siedzenie bez ruchu, a do tego pod ścianą? Chyba tylko leżenie może być prostsze, ale wówczas jest pewność zapadnięcia w drzemkę, a nie praktykowania. Pamiętam dowcip jak to ktoś włamał się do Zendo i zobaczywszy, co w Zendo się znajduje, stwierdził, że nie ma tu nic do ukradzenia, że zdaje się, że ktoś już zrabował to pomieszczenie. Przyznać trzeba, że wystrój Zendo nie powala przepychem. Ludzie w Zendo, tacy sami, cisi, niewyróżniający się. Nazwać adeptów Zen mało kolorowymi, będzie eufemizmem. Sztuka Zen też do barokowych nie należy. Wystarczy poczytać Haiku – 17 sylab, trzy wersy. Dość oszczędnie trzeba przyznać. Jeden obraz, jedna chwila.
Jaka zatem, może być najbardziej minimalistyczna i oszczędna wizja świata i samego siebie? Taka mi się hipoteza sama z siebie odkryła: otóż nic nie ma sensu, poza samym sobą. Moje życie, świat i wszystko, co się dzieje, jest samo dla siebie sensem, znaczeniem. Nie jest tak, iż świat powstał w jakimś celu, np. jako emanacja Boga czy wyraz jego woli, Absolutu czy czegokolwiek. Poza światem nie ma Absolutu, raczej (minimalistycznie rzecz biorąc) świat i wszystko, co się tu dzieje to Absolut właśnie. Nie ma Nieba i Piekła – przynajmniej poza tym światem. W tym świecie i owszem jest Piekło i Niebo, ale są one teraz, a nie kiedyś tam. Nie ma czasu przyszłego i przeszłego, jest tylko Tu i Teraz.
Idąc dalej tropem minimalizmu i oszczędności poznawczej odrzućmy wszelkie miary, porównania i oczekiwania. Wówczas znikną także pojęcia dobrego i złego, sukcesu i porażki, udanego i nieudanego, trudnego i łatwego. A nawet, co jest bardzo zaskakujące, zniknie pojęcie gorąca. A było to szczególnie przydatne podczas 40 stopni w cieniu. Jeśli znika miarka przykładana do życia, świata czy samego siebie, nie sposób popaść w niezadowolenie. Wszystko staje się idealne takie, jakie jest. Ból kolan, pleców, pot na twarzy i całym ciele, niewyspanie, zmęczenie, dzięki minimalizmowi, stają się powodem do szczęścia. Świat nagle robi się zachwycający i niezmiernie ciekawy. Wygląda także na to, że niezmiernie kreatywną i ciekawą czynnością jest siedzenie pod ścianą. Po co robić cokolwiek innego? Można iść walczyć o lepsze jutro. Można też usiąść pod ścianą, a ten wybór wygląda atrakcyjniej.
Z innej strony wszystko, co się dzieje, zwłaszcza z ludźmi, staje się najważniejsze na świecie, ponieważ nie ma nic ważniejszego, ponieważ nie ma nic poza tym, co się dzieje. W związku z tym można posunąć się do górnolotnego stwierdzenia, że wszystko ma „naturę Buddy”. Można też zanurzyć się w świat, taki, jaki jest, nie szukając niczego poza nim i docenić to, co się wydarza. A że wydarza się jednokrotnie, tym większą ma wagę. Każda chwila jest ostatnia, więc zachciewa się zadbać o nią jak o najcenniejszą rzecz w życiu. Minimalizm daje też sporo spokoju, uwalnia energię, która do tej pory pożytkowana była na różne „starania się”. Daje więcej swobody, bo przecież wszystko naprawdę jest w porządku. Minimalizm czyści też pojęcie samego siebie. Myje je tak dogłębnie, że „ja” staje się przezroczyste.
| Reakcje: |
środa, 7 lipca 2010
Integralny konsulting - refleksja trzecia
Z wolna, ale jednak sprawa się rozwija. Już po kilku rozmowach skype'owych jestem i się coś rysuje. Okazuje się, że w kilku krajach wokół Polski są firmy i osoby zainteresowane współpracą, wymianą doświadczeń, rozwojem pomysłów integralnych w biznesie. Kraje te, to: Rosja, Ukraina, Litwa, Niemcy. Na początek nieźle. Wstępne spotkanie planowane jest w okolicach listopada 2010, pewno w Moskwie lub gdzieś w Polsce. Pojawił się nawet termin stworzenia sieci (lub z angielska "network'u"), 2012 rok. Tak więc może coś się uda.
Inna sprawa, to pytanie, na które trudno znaleźć odpowiedź: czemu w naszym kraju tak mało, tak wolno? Pierwsza próba odpowiedzi jakoś z minionymi wyborami mi się wiąże. Podczas kampanii wyborczej słowa: naród, Polska, były odmieniane przez wszystkie przypadki. Znaczy, że "My Polacy" bardzo sobie te wartości cenimy. Pewno dlatego politycy je tak chętnie manifestują. Z tym, że z drugiej strony oznacza to też, że jesteśmy przesiąknięci myśleniem, czy też postawą konwencjonalną. A więc nie integralną. Stąd z takim trudem przebija się wszystko, co wychodzi poza ten schemat. Prawdę mówiąc, w ogóle się nie przebija.
Wartości narodowe akcentują niezależność, podczas gdy wartości integralne akcentują współzależność. Myślenie w kategoriach narodowych nie jest w stanie rozwiązać problemów z jakimi nasz kraj ma do czynienia, a które to problemy powstają daleko poza naszymi granicami: kryzys, zmiany klimatyczne, terroryzm, bieda na świecie i wiele innych. Co gorsza te problemy mają na nasz kraj bardzo silny wpływ. Co widać gołym okiem. Myślenie w kategoriach patriotycznych, narodowych, nie tylko nie da rady tych problemów rozwiązać, ale nawet zrozumieć. Pierwszy powód zatem, dla którego tak trudno z integralnością, współzależnością w naszym kraju się przebić, to dominujące systemy wartości, a co za tym idzie i myślenia.Nawet jeśli myślenie konwencjonalne jest nieskuteczne w dzisiejszym świecie. Choć jasna strona tego kłopotu jest taka, że być może "czas nadchodzi". Także dla nas. Myślenie w kategoriach narodowych i patriotycznych nie ma w zasadzie sensu. Świat zbyt się skomplikował. Nie da rady zmienić klimatu czy poradzić sobie z kryzysem dbając o lekcje patriotyzmu w szkołach. Zresztą z chyba żadnym poważnym kłopotem jaki mamy patriotyzm nie da rady. Być może należałoby o sobie myśleć najpierw jako o "ludziach", a dopiero potem jako o "Polakach". Świat jest, nie ma innej opcji, globalną wioską, z niesłychanie gęstą siecią powiązań, zależności. Żadne, najbardziej okazałe muzeum nie pomoże poradzić sobie z nadchodzącą dominacją Chin. A że owa dominacja wpłynie na nasze codzienne życie, nie muszę nikogo przekonywać.
Drugi powód jest taki, że jakiekolwiek zamiary zastosowania integralności w działaniu wiążą się także ze zmianą w życiu osobistym. Każdy z nas stanowi zarówno część problemu jak i rozwiązania. A to wymaga osobistej pracy nad sobą. A jakoś mam wrażenie, że statystycznie rzecz biorąc, jesteśmy skłonni widzieć w innych "samo zło", a w swoim postępowaniu przykład nienagannej uczciwości i prawości.Co więcej wydaje mi się, że osoby ceniące sobie "naród, patriotyzm" nie są raczej skłonne do negocjowania tego zestawu wartości. A więc do zmiany swojego sposobu myślenia, niezależnie od skuteczności lub jej braku związanego z takim podejściem.
Żeby jednak nie tylko narzekać - zapraszam do kontaktu jak kto zainteresowany tym co pisałem na wstępie tego posta.
Inna sprawa, to pytanie, na które trudno znaleźć odpowiedź: czemu w naszym kraju tak mało, tak wolno? Pierwsza próba odpowiedzi jakoś z minionymi wyborami mi się wiąże. Podczas kampanii wyborczej słowa: naród, Polska, były odmieniane przez wszystkie przypadki. Znaczy, że "My Polacy" bardzo sobie te wartości cenimy. Pewno dlatego politycy je tak chętnie manifestują. Z tym, że z drugiej strony oznacza to też, że jesteśmy przesiąknięci myśleniem, czy też postawą konwencjonalną. A więc nie integralną. Stąd z takim trudem przebija się wszystko, co wychodzi poza ten schemat. Prawdę mówiąc, w ogóle się nie przebija.
Wartości narodowe akcentują niezależność, podczas gdy wartości integralne akcentują współzależność. Myślenie w kategoriach narodowych nie jest w stanie rozwiązać problemów z jakimi nasz kraj ma do czynienia, a które to problemy powstają daleko poza naszymi granicami: kryzys, zmiany klimatyczne, terroryzm, bieda na świecie i wiele innych. Co gorsza te problemy mają na nasz kraj bardzo silny wpływ. Co widać gołym okiem. Myślenie w kategoriach patriotycznych, narodowych, nie tylko nie da rady tych problemów rozwiązać, ale nawet zrozumieć. Pierwszy powód zatem, dla którego tak trudno z integralnością, współzależnością w naszym kraju się przebić, to dominujące systemy wartości, a co za tym idzie i myślenia.Nawet jeśli myślenie konwencjonalne jest nieskuteczne w dzisiejszym świecie. Choć jasna strona tego kłopotu jest taka, że być może "czas nadchodzi". Także dla nas. Myślenie w kategoriach narodowych i patriotycznych nie ma w zasadzie sensu. Świat zbyt się skomplikował. Nie da rady zmienić klimatu czy poradzić sobie z kryzysem dbając o lekcje patriotyzmu w szkołach. Zresztą z chyba żadnym poważnym kłopotem jaki mamy patriotyzm nie da rady. Być może należałoby o sobie myśleć najpierw jako o "ludziach", a dopiero potem jako o "Polakach". Świat jest, nie ma innej opcji, globalną wioską, z niesłychanie gęstą siecią powiązań, zależności. Żadne, najbardziej okazałe muzeum nie pomoże poradzić sobie z nadchodzącą dominacją Chin. A że owa dominacja wpłynie na nasze codzienne życie, nie muszę nikogo przekonywać.
Drugi powód jest taki, że jakiekolwiek zamiary zastosowania integralności w działaniu wiążą się także ze zmianą w życiu osobistym. Każdy z nas stanowi zarówno część problemu jak i rozwiązania. A to wymaga osobistej pracy nad sobą. A jakoś mam wrażenie, że statystycznie rzecz biorąc, jesteśmy skłonni widzieć w innych "samo zło", a w swoim postępowaniu przykład nienagannej uczciwości i prawości.Co więcej wydaje mi się, że osoby ceniące sobie "naród, patriotyzm" nie są raczej skłonne do negocjowania tego zestawu wartości. A więc do zmiany swojego sposobu myślenia, niezależnie od skuteczności lub jej braku związanego z takim podejściem.
Żeby jednak nie tylko narzekać - zapraszam do kontaktu jak kto zainteresowany tym co pisałem na wstępie tego posta.
| Reakcje: |
piątek, 2 lipca 2010
Cywilizacja "za mało"
Jak się rozejrzeć wokoło można zobaczyć, że żyjemy w świecie, w którym wciąż czegoś za mało. Może być za mało, zaczerpnę z wątków kampanii wyborczej:
A może tak zaryzykować ostrą hipotezę, że wszystko jest w porządku, że niczego nie brakuje?
- Wartości, religii, kościoła, wiary,
- Patriotyzmu w ludziach,
- Postępu, rozwoju, modernizacji,
- Bogactwa, dostatku, szczęścia.
A może tak zaryzykować ostrą hipotezę, że wszystko jest w porządku, że niczego nie brakuje?
| Reakcje: |
środa, 30 czerwca 2010
Jakiego koloru jest nasz kraj?
Obserwując wydarzenia związane z wyborami można się pokusić o pewne hipotezy w oparciu o Dynamikę Spiralną Graves'a. W ogniu kampanii wyborczej pewne istotne cechy obydwu najważniejszych ugrupowań stają się nieco lepiej widoczne. Kilka hipotez:
- Obydwa ugrupowania są wielokolorowe, ale też obydwa mają wyraźnie zarysowany kolor niebieski czyli konserwatyzm. Wynika to pewnie z faktu, że nasz kraj jako całość jest średnio rzecz biorąc niebieski. Stąd rys konserwatywny, ojczyźniany, katolicki, patriotyczny, lokalny musi być obecny, bo tacy są wyborcy. Stąd rola kościoła, prawd objawionych. Stąd raczej konserwatyzm w obyczajach.
- PiS ma kilka domieszek poza niebieskim. Najwyraźniejszy jest chyba purpurowy czyli apoteoza przynależności do grupy etnicznej, wyraźny przywódca, poczucie zagrożenia na zewnątrz.
- Platforma zaś ma trochę domieszki pomarańczowego czyli lekkiego liberalizmu i pochwały indywidualności. Delikatnie.
- Jak pożenić te kolory w jeden? Wygląda, że się nie da. Wygląda na to, że żyjemy w dwóch różnych krajach. Być może tylko wobec jakiegoś zagrożenia ten kraj się scala. W normalnych warunkach to niemożliwe. Potrzeba nam żółtego przywódcy, albo po prostu więcej żółtego na co dzień. A tego nie widać. Ale chyba ani przywódca, ani żółtości codzienne spraw nie polepszą. Przyjdzie nam żyć czas jakiś jeszcze w dwóch krajach równocześnie. Krajach, które nie mają najmniejszej szansy na współpracę i porozumienie. Nie ma szansy, bo tu o wartości chodzi, a te nie poddają się negocjacjom.
| Reakcje: |
Subskrybuj:
Posty (Atom)