piątek, 27 lipca 2012

Stało się - jestem mnichem


Chyba mogę uznać, że pewien etap rozwoju na mojej drodze Zen jest przynajmniej częściowo zamknięty. Oczywiście znacznie ciekawsze od tego, co się zdarzyło, jest to, co mnie jeszcze czeka. Jednak po pierwsze nie mam pojęcia, co się jeszcze zdarzy, a po drugie, nie mam nawet pewności, że cokolwiek się zdarzy. Z tych powodów wypada nachylić się troszkę nad tym, co już było i spróbować przyjrzeć przeszłości. Jedno wydaje się być pewne, Zen zmienia widzenie świata.  Praktyka Zen, przynajmniej, jeśli chodzi o mnie, odbywała się nie tyle na zewnątrz, była nie tyle zmienianiem świata czy siebie samego, ale zmienianiem rozumienia samego siebie i świata. Polega to z grubsza rzecz biorąc na tym, że pewne rzeczy, które kiedyś wydawały się wartościowe i ciekawe, traciły stopniowo na swoim uroku. Pewne motywy, które zaciągnęły mnie na poduszkę, traciły swoją moc, a na powierzchni pojawiały się zupełnie inne cele. Coś, co na początku chciałem osiągnąć wkładając, nie da się ukryć dość wiele wysiłku w praktykę, znikało. Osiągałem nie to, co zamierzałem osiągnąć. Charakterystycznym smakiem wyprawy Zen jest rozczarowanie i stałe zapominanie kolejnych odkryć. 

Jak to przebiegało? 

  • Jest to wyprawa samotna, a jednak dokonuje się jej ze wszystkim, co jest. Jest to samotna wspinaczka, ale odkrywa się, że w tej wspinaczce to góra wspina się na mnie, a ja na nią. To mój prywatny eksperyment, jednak robiony w imieniu nie tylko całej ludzkości, ale całego Wszechświata. Stopniowo odkrywałem swoją przynależność do Wielkiej, nieopisanej przestrzeni.
  • Jest to wyprawa od intelektualizacji, zdobywania nowych punktów widzenia, nowych idei, koncepcji do porzucania tych wszystkich punktów widzenia i koncepcji. Od głodu zrozumienia siebie i świata, przez częściowe rozumienie, aż do porzucenia ochoty rozumienia. Od chęci poznania, zrozumienia, przez wielkie „Nie wiem”, do zostawienia tego „Nie wiem”. I bycia z tym, co tu i teraz się dzieje. Gdzieś tam pojawia się po prostu życiem tym, czym się jest, co się wie, kim się bywa. Bez konieczności udowadniania, że jest się kimś, albo nikim, albo, że ma się rację. Wyprawa od intelektu, przez emocje, do bycia. Prostego bycia.
  • Wyprawa od fascynacji egzotyką, nowymi odkryciami, przez zachwyty i rozczarowania, aż do prostego bycia poza zachwytem i rozczarowaniem, do prostoty tego, co jest. Bez konieczności zachwycania się. Zdarzenia przestają być takie ważne, kolejne odkrycia tracą swój urok. Ekran, na którym to wszystko się wydarza staje się centralny. A, że ów ekran jest obecny wszędzie i zawsze, wszędzie i zawsze też można go mieć, odkrywać i doświadczać. Tak jak stałość Dharmy. Jest to droga od koncentracji na przeżyciach, do samego aktu przeżywania.
  • Wyprawa buńczuczna, na sam koniec tego, co jest, na sam koniec poznania i do krańca wiedzy wszelkiej. Po drodze są częściowe odkrycia, zakręty, powroty, porzucanie tych odkryć, zakrętów i nawrotów. Aż po brak prób walki o lepsze jutro, o lepsze rozumienie, o własną doskonałość. Wielkie zamiary znikają i stają się niepotrzebne. Wystarcza w zupełności, to, co jest. Niebo jest niebieskie, trawa zielona. Poza rozumieniem i nierozumieniem.
  • Wyprawa od zafascynowania światem, przez pilne śledzenie siebie, do zapomnienia o sobie i pozwoleniu na oświecanie siebie przez wszystko, co wokół. Mniej się siebie wokół rzutuje. Bardziej podszewkę zjawisk dojrzeć można. Prarzeczywistość obecna od zawsze nieco wyraźniej się ujawnia. Zaczyna nie tylko być widoczna, ale przejawia się, operuje poprzez nas. W ten sposób istnieje. Sama siebie rozpoznaje i śledzi. A my możemy się temu przyglądać.
  • Zen zaczyna się próbą zmiany: siebie, innych, świata. Jest po drodze akceptacja, pogodzenie się, aż wreszcie jest też i naturalne zmienianie tego, co zmienić można, akceptacja tego, czego, zmienić nie można. Wygoda w pozycji akceptacji i zmieniania.
  • Wyprawa od ochoty na poukładanie swojego życia, osiągnięcie oświecenia. Podczas praktyki Zen wiele rzeczy traci na wartości, inne zyskują. Jeszcze inne całkowicie znikają. Znika potrzeba osiągnięć, bo nie ma nic do osiągnięcia. Nie ma potrzeby osiągać oświecenia. Zaczyna się od konkretnych celów, a dochodzi, w jakimś momencie, do celu, jakim jest tylko stan rozumienia swojej własnej mechaniki i przekraczaniu tej mechaniki, tej mechaniczności. Okazuje się, że celem jest specyficzny stan umysłu i nic więcej. Nasza mechaniczność zajmuje właściwe miejsce, nie jest centralnym regulatorem naszego działania. Choć nadal działam jak robot.
  • Jest to wyprawa od fascynacji słowami Wielkich Mistrzów, przez fascynację praktyką, do odkrycia, że praktyka umożliwia „podłączenie” do oddechu Wszechświata. Jest to droga od tego, co ludzkie, do tego, co jest wszystkim. Od sedna Zen, do połączenia wycierania łyżek z rytmem galaktyk. Na początku słowa Mistrzów są kompletnie niezrozumiałe, następnie przyjmują formę poezji, aż wreszcie są bardzo konkretnym opisem świata.
  • Wyprawa od poczucia wyjątkowości, przez porażki, do poczucia prostoty i zwykłości. I niezwykłości w zwykłości. Od idealizmu, przez kolejne z bólem przyjmowane rozczarowania, przez odkrycia piękna, niezbędności i oświecenia rozczarowań, do zwykłej prostoty i braku zadęcia. Jakby początkowo wyprostowany, dumny rycerz na białym rumaku odkrywał, że jego koń to stara chabeta, a zbroja jest mocno przerdzewiała i na koniec cieszył się z tego faktu.
  • Droga od braku zainteresowania ludźmi, przez niechęć do konwencjonalnego sposobu myślenia, działania i życia, przez współczucie, choć podszyte przekonaniem o tym, że się zwariowało. Na koniec jest tylko sam akt przyglądania się i obserwacji. Bez uczuć, opinii i przekonań. To znaczy te opinie, oceny i poglądy są, ale one też są obiektem czujnej i stałej obserwacji. Jak drzewa czy inni ludzie.
  • Od próby bycia uczniem dobrym, przez porażki i odczucie bycia uczniem złym, do bycia uczniem takim właśnie, jakim jestem.
  • Od lęku i przerażenia tym, że wszystko się zmienia, przez akceptację, a nawet zachwyt tym, że wszystko płynie, do konstatacji, że nic się nie zmienia.
  • Od całkowitego niezrozumienia słów Roshiego, kiedy mówił o ciszy, przez traktowanie ich jak poezji, do traktowania ich tak dosłownie jak dosłowne i namacalnie są kamienie i drzewa.
  • Droga od pilnej obserwacji praktyki innych ludzi, porównywania się z nimi, chęci prześcignięcia ich, przez próby i ochotę nawracania innych, łącznie z niechęcią do wszystkich, którzy Zen nie rozumieją, aż do przejmowani Si niemal wyłącznie samym sobą i swoją praktyką, obserwacja siebie samego, bez potrzeby uciekania się do ocen innych osób, bez potrzeby porównań, bycia lepszym czy gorszym.

niedziela, 24 czerwca 2012

TED

Ciut ostatnio chorowałem, w związku z czym spędzałem czas w łóżku. Wydawałoby się, że to idealny czas na oglądanie EURO, z tym, ze nie mogę się wciągnąć w nałóg śledzenia meczów. W zasadzie nie bardzo rozumiem fascynację piłką nożną.

Za to odkryłem coś co już dawno było odkryte, ale tym razem przywaliło mnie  z siłą wodospadu. A mianowicie www.ted.com Odsłuchałem kilkanaście wystąpień i prezentacji i wróciła mi wiara w ludzi. Piękne idee, piękni ludzie, zafascynowani swoimi odkryciami i swoim życiem, pełna sala publiczności. Wystąpienia o trudnych, fascynujących, banalnych, odkrywczych, ale zawsze ciekawych sprawach. Jedno z nich pokazuje jak skrócić każde wystąpienie do sześciu słów. Na koniec prezenter streszcza całość wystąpień, ponad tysiąca wystąpień, do słów: Czemu się martwić, może lepiej zaciekawić?

Są tam prezentacje o tym, że każdy może być Buddą,  o tym, że każdy z nas jest sakralny i ma schody do transcendencji w sobie i jest to wynalazek ewolucji.

I jeszcze tysiąc innych. Nic tylko słuchać, oglądać, a wiele z nich ma polskie napisy. Odzyskuję wiarę w ludzi oglądając i słuchając tego wszystkiego. Jakby ktoś chciał taki TED w naszym kraju zorganizować - bardzo chętnie się włączę w proces organizowania. 


A czego się można dowiedzieć? Tylko kilka możliwości:

Jest też nasz rodak - dla patriotów co ich ostatnio tak wielu na ulicach. 


Pozdrawiam i życzę miłego odbioru. W internecie kiedyś znalazłem takie powiedzenie:

"Małe umysły rozmawiają o rzeczach,
Średnie umysły rozmawiają o innych ludziach,
Wielkie umysły rozmawiają o ideach."


Zgodnie z tym powiedzeniem TED jest dla wielkich umysłów. Gdybym miał przygotować wystąpienie na TED poszedłbym tropem tego powiedzenia i zastanawiałbym się o czym rozmawiają najwięksi? Byłoby coś o ciszy (czyli braku rozmowy w ogóle) i tylko reakcji na to co potrzebne a danej chwili. Ale, że nie mam szans na takie wystąpienie, nie ma co się zastanawiać, tym bardziej, że jeszcze tyle do odsłuchania, że zwariować idzie. Niestety wyzdrowiałem i idę do pracy. Nie ma kiedy słuchać i oglądać. Na szczęście są ludzie, którzy wkładają codziennie do netu te wystąpienia. Na emeryturze będę słuchał tylko tego.


A dla tych co nie wiedzą czym jest TED cytat z Wikipedii:

TED (Technology Entertainment and Design) – konferencja naukowa organizowana przez amerykańską fundację non-profit Sapling Foundation. Jej celem jest popularyzacja – jak głosi motto – "idei wartych rozpowszechniania". Obecnym kuratorem jest Brytyjczyk, Chris Anderson, były dziennikarz komputerowy i wydawca.
Pierwsza odbyła się w 1984 w zamierzeniu jako jednorazowe wydarzenie. Od 1990 odbywa się co roku w Monterey w Kalifornii. Początkowo miała głównie technologiczny profil, ze względu na bliskość Doliny Krzemowej. Obecnie jej tematyka dotyczy także nauki i kultury. Jest organizowana w Long Beach i Palm Springs w USA oraz Europie i Azji. Od czerwca 2006 wykłady są udostępniane online na licencji Creative Commons na stronie www oraz kanale YouTube. Do lipca 2010 udostępniono ponad 700 wykładów, oglądanych w sumie prawie 300 milionów razy. Od 2005 przyznawane są nagrody, do 2009 trzy po 100 tysięcy dolarów, od 2010 jedna w wysokości 300 tysięcy dolarów. Ich celem jest umożliwienie realizacji projektu mającego zmienić świat.
Każdy mówca dostaje maksymalnie 18 minut. Wśród najważniejszych uczestników było wielu wybitnych naukowców, polityków, przedsiębiorców i działaczy społecznych, m.in.: Richard Dawkins, Stephen Hawking, Jane Goodall, Bill Gates, Bill Clinton, Naomi Klein, Gordon Brown. Pierwszym Polakiem na konferencji TED był Jacek Utko (2009).
Oprócz oficjalnych konferencji TED są także TEDx (TEDx, x = independently organized event), niezależne i organizowane lokalnie, podlegające niektórym regułom TED. W Polsce odbyły się m.in. TEDxKraków, TEDxPoznań, TEDxWarsaw i TEDxWroclaw.




niedziela, 17 czerwca 2012

Ulotność - instrukcja obsługi

Dwa wspomnienia jedno sprzed 15 lat, drugie sprzed 17 lat.

Pierwsze to udział w pierwszym "poważnym" sesin, czyli odosobnieniu Zen. Rzecz miała miejsce we Francji, opodal miejscowości Lisieux. Wówczas byłem zafascynowany Zen, ale udział w dość twardej praktyce, (choć jak się później okazało, w gruncie rzeczy akurat wtedy było dość łagodnie) był doświadczeniem naprawdę ekstremalnie trudnym i bolesnym. Dwa tygodnie koszmaru. Każda runda medytacji okupiona była wielkim bólem całego ciała, nóg, pleców, ramion. Z wysiłku pociłem się tak, że nie widziałem na oczy. W głowie kłębiły się przerażające myśli. Przed wejściem na rudny medytacyjne przeżywałem strach tak wielki, że sam nie wiem jak to się działo, że w ogóle tam wchodziłem. Wiele rund kończyło się tuż przed tym zanim z wysiłku miałbym się osunąć na podłogę i po prostu zemdleć. Z wysiłku, zmęczenia, nagromadzenia emocji właściwie zdarzało mi się nienawidzić ludzi, którzy tam byli. Zresztą i ja też byłem, przez co niektórych znienawidzony. Słowem wszystko to nie miało nic wspólnego z czytanymi podówczas lekkimi opowieściami z życia Mistrzów Zen.

Drugie wspomnienie też pochodzi z Francji. Dostałem jedną z pierwszych bardziej przyzwoitych prac, co przepełniło mnie radością na wiele tygodni. W ciągu tego czasu dokonywałem kolejnych wspaniałych odkryć. Odkryłem piękną muzykę Sati’ego, wina Saint Emilion i sery. I zdarzyło się, że na tej wznoszącej fali w jednej chwili trzy rzeczy się ze sobą perfekcyjnie zestroiły: kieliszek bardzo drogiego Bordeaux (które dostałem w ramach premii za coś tam, bo inaczej nie byłoby mnie na nie stać), kęs sera i pierwsze frazy Gymnopedii Sati’ego. Właśnie popijałem kęs sera winem, gdy z głośnika popłynęła muzyka. Trwało to pół sekundy, a potem rozciągnęło się w wieczność. W jednej chwili wszystko było razem. Lekki smutek i nostalgia za Polską, ale i piękno nowego kraju. Pasujące do siebie jak ulał smaki starego, czerwonego wina, które właśnie tamtego roku miało być najlepsze od wielu lat i dojrzałego sera, rozpadającego się w palcach i na języku. Kęs sera, lampka wina i kilka minut muzyki czekały całą wieczność, aby się właśnie wtedy spotkać. I się spotkały, a ja oniemiały z wrażenia popłakałem się ze szczęścia.

Obydwa wspomnienia przez lata się zatarły, nawet nie jestem pewien czy to było tak jak o tym piszę. Zostało po nich te kilka słów, jakieś zarysy zdarzeń, ludzi, smaków, zapachów. Jednak wtedy, kiedy się działy zdawały się ogniskować wokół siebie cały dostępny mi świat. W pierwszym wypadku, świat zawęził się do bólu i cierpienia, w drugim, odwrotnie, cały świat dosłownie leżał u moich stóp, był przestronny i jasny.

W gruncie rzeczy większość mojego, ale chyba nie tylko mojego, życia przypomina swoisty slalom pomiędzy unikaniem tego, co boli i poszukiwaniem tego, co wzniosłe.  Slalom, który ma, choć trochę pomóc w poradzeniu sobie z dwoma wielkimi nieistnieniami, tym sprzed narodzin i tym po śmierci. Ulotność tego, co dobre i złe, ulotność naszego życia jest na tyle trudna do zaakceptowania, że próbujemy udawać, że ulotności nie ma. Koncentracja na zdarzeniach, na tym, co się przydarza jest remedium, ponieważ wydarzenia się dzieją, są, budują naszą osobę, w momencie wydarzania się są prawdziwe i trwałe, jedyne, wypełniają cały horyzont zdarzeń. Trudno, że i tak prędzej czy później stracimy to, co piękne, przydarzy się nam to, czego chcemy za wszelką cenę uniknąć.

Pierwszym sposobem na radzenie sobie z ulotnością jest gromadzenie pięknych chwil, obfotografowywanie ich, pomieszczanie w pamiętnikach, wklepywanie w naszą tożsamość, rozpamiętywanie, pławienie, prowadzenie swoistego talk show ze samym sobą, zawieszanie na ścianach, planowanie kolejnych zdobyczy i wypraw po nowe kolekcje przeżyć. Z drugiej strony zaś radzenie sobie z tym, co przykre, niechciane, dolegliwe. Unikanie, rozwiązywanie, dawanie soebie rady, szukanie pomocy lub walka samotna, zabieganie, przetrwanie, żałowanie, płacz, martwienie się i wszystko, co pomaga stawić czoła. Albo też pogrążenie się w bólu i rozpaczy, nigdy już nie stanięcie na nogi.

Możemy kolekcjonować bardzo różne rzeczy: ludzi, poglądy, uczucia, zdarzenia, podróże, ciekawe przeżycia. Te nasze kolekcje mogą dać nam poczucie stałości i trwałości.

Pierwszy etap radzenia sobie z ulotnością to koncentracja na tym, co się dzieje. Po to, aby to kolekcjonować lub unikać za wszelką cenę. Tak czy inaczej – to jest cierpienie, bo tracimy to, czego chcemy, dostajemy nie to, co chcemy, nie wtedy, kiedy chcemy. To, co nam się przydarza jest realne tak samo jak realna jest osoba, która te doświadczenia kolekcjonuje. Jednak wtedy i cierpienie jest realne.

A gdyby tak przenieść zainteresowanie ze zjawisk, zdarzeń, doświadczeń, jakie są naszym udziałem na sam proces doświadczania? A gdyby tak z ciekawością badacza przyjrzeć się temu jak to się właściwie dzieje, że doświadczam tego, czego doświadczam? I kto tego właściwie doświadcza? Niezależnie od tego, co się dzieje, tym, co zaprząta moją uwagę to sam proces uwagi, sam proces doświadczania. W takim układzie to może nawet i lepiej, że mam intensywne przeżycia, bo i intensywniej mogę sam siebie w tym procesie oglądać. Cytat z Jakusho Kwonga: „Budda jest hojny, hojnie obdarzy nas cierpieniem.” Z Dogena: „Studiowanie Zen to studiowanie siebie.” Pozycja świadka z książek Wilbera. To wszystko o tym jest właśnie. Jest o odklejeniu od kolekcjonowania przeżyć, na rzecz samego procesu doświadczania. Same przeżycia nie są tak bardzo interesujące jak akt ich przeżywania. To, czym wówczas możemy się stać, to ekranem, na którym rozmaite rzeczy się dzieją, ale prawdziwie ciekawe jest to, w jaki sposób istnieje rzeczony ekran.

Ciekawostką jest fakt, że wówczas poza ulotnością pojawia się stałość i niezmienność, jakim jest po prostu dzianie się. Z ulotnością nie mam sensu sobie radzić, więcej radości dostarcza sam fakt jej obserwacji. Uczestniczenie w procesie wydarzania się od początku bez początku, po koniec bez końca, w tym, co się dzieje. Ulotność nie jest czymś, co nam się przydarza i dostarcza cierpienia, jest raczej osnową całego życia. Siddharta, w powieści Hessego, siedząc nad rzeką słyszał głosy i widział zdarzenia, jakich świadkiem była przez tysiące lat rzeka. W ten sposób uczestniczył w wiecznym misterium świata. Ulotność nie jest ulotnością, ale wiecznym trwaniem, nieskończonym dzianiem się.

I to jest drugi sposób na poradzenie sobie z ulotnością – odkrycie jej twarzy, jaką jest wieczność.

A gdyby pogrzebać jeszcze dalej, jeszcze głębiej? Może okaże się, że samo pojęcie ulotności jest ulotne? Że być może w ogóle go nie ma? Że nic nie znika, bo nic powstaje? Że jest tylko teraz, więc nie może być nic poza tym?

I to jest trzeci sposób na radzenie sobie z ulotnością – porzucenie jakichkolwiek prób radzenia sobie i tylko bycie w tym, co jest.

niedziela, 10 czerwca 2012

A dzisiaj

A dzisiaj jak siedziałem i trochę medytowałem, razem z oddechem świata mój oddech był.

sobota, 9 czerwca 2012

Dobry czy zły rok?

Ostatni rok, a może nawet dłużej, nie jest dla mnie specjalnie udany. Zwłaszcza jeśli przyjrzeć się temu co mi się przydarza, a na co mam ograniczony wpływ. No, krótko mówiąc większość z tego, co mnie ostatnio spotyka, to katastrofy. Żeby nie być gołosłownym kilka pierwszych z brzegu:
  1. Spore kłopoty finansowe połączone z nagłymi i dużymi wydatkami.No właściwie zbankrutowałem, a potem  jakoś wypłynąłem na powierzchnię i tak kilka razy.
  2. Pogorszenie stanu zdrowia. Ale co tu wyjaśniać?
  3. Wszędzie wokół mnie choroby, włącznie z rakiem i umieraniem. Śmierć chodzi za mną krok w krok, w każdej chwili, jedna lub dwie osoby mogą zejść ze świata tego. A do tego cierpią, a ja nic pomóc nie mogę.
Oczywiście jako człowiek zaprawiony w boju walczyłem z tymi przeciwnościami jak najlepiej umiałem. Z tym, że owa walka do niczego nie doprowadziła, no może tylko do pogłębienia kłopotów. Zacząłem myśleć o tym wszystkim w kategoriach "klątwy", bo przecież walczę, mobilizuję siebie i innych, pracuję, wkładam wysiłek, a rezultatów żadnych nie ma. Niechybnie ktoś obłożył mnie klątwą, zwłaszcza, że ludziom, którzy mogliby cieszyć się z tego, że mi źle idzie, że tym ludziom akurat układa się znakomicie.

Wszystko to trwało dłuższą chwilę, jakieś dwa trzy lata, dało więc radę się do spraw nieco przyzwyczaić i zacząć poszukiwać wygody w tym całym oceanie cierpienia. Zasadnicze pytanie jakie mnie dziś naszło to: czy to był zły czy dobry rok? I tak zdecydowanie "zły" jeśli wziąć pod uwagę zwyczajowe myślenie o tych sprawach, okoliczności jakie mnie się przytrafiały były zdecydowanie  niepomyślne.

Jednak może ten rok nie był wcale taki zły? Bo:
  • W życiu chodzi przecież o coś zupełnie innego niż przyjemne i pomyślne sytuacje i okoliczności. Chodzi o zrozumienie świata, a przynajmniej o pojęcie tego jak samemu sobie się w tym zrozumieniu przeszkadza. Z tego punktu widzenia to był dobry rok.Nieco posunął do przodu. W książce "Bez początku, bez końca" Jakusho Kwong pisze mniej więcej coś takiego: "Budda jest hojny, szczodrze obdarzy nas cierpieniem."
  • Chodzi o zejście sobie samemu z drogi. Takim ostatecznym zejściem sobie ze swej drogi jest śmierć, a przedtem jak największe porzucanie, zapominanie o siebie. I złe okoliczności bardzo ułatwiają porzucenie siebie, zapomnienie o sobie: o swoich ambicjach, zamierzeniach, planach, słowem samym sobie. Porzuceniem tego wszystkiego na rzecz pokory, otwartości na to co się dzieje, smakowania życia jakiekolwiek by ono nie było. Wreszcie zmianą perspektywy z wydarzeń na samo dzianie się. 
  • Jest to też przygotowanie do śmierci jako takiej. A tego nigdy zbyt wiele.
Mimo wszystko nie miałbym nic przeciwko, żeby działo się mniej burzliwie.


niedziela, 20 maja 2012

Moment niedźwiedzia

Czytam, a w zasadzie kończę czytać, książkę "Moment niedźwiedzia". Wiele refleksji przy tej okazji.

Autorka mówi językiem indywidualisty widzącego wokół siebie, widzącego, że w obiektywności jest wiele subiektywności. Czasem tylko subiektywność. Od subiektywności zaczyna się wszystko, zaczyna się Rzeczywistość. Rzeczywistość jest taka jak o niej myślimy, że jest, a nie myślimy o Rzeczywistości jakoś, ponieważ ona jakaś jest. Pierwotne jest myślenie "o", opinia, przekonanie, sąd. Od tego się zaczyna. Ponieważ tak jest, cała książka obliczona jest na zburzenie różnych zastałych struktur myślowych, tak aby stało się możliwe inne spojrzenie, a co za tym idzie i inna Rzeczywistość. Zamiar zaiste chwalebny. Od samego czytania zmienia się głowa. Chyba.


Kolejne pojęcia rozmywają się i tracą sens. Jak choćby we fragmencie poświęconym miastu Bardo. Co jest prawdą, a co fikcją literacką? Kto jest twórcą czego? Nawet twarde pojęcie jakim jest "płeć" poszerza swoje granice tak dalece, że zaczyna tracić sens. Rozpadają się zwykłe dychotomie: nieożywiony - ożywiony; ja - nie ja; trwały - nietrwały; punkt widzenia poszerza się aż wreszcie znika, tak, że nie ma nawet punktu widzenia.


Czytanie tej książki powoduje, że z coraz większą niechęcią patrzę na życie wypełnione zdobywaniem, zabieganiem, osiąganiem, walką o lepsze jutro. Jedyne co ma sens to przyglądanie się sobie, swoim pomysłom, koncepcjom, swoim, po prostu ograniczeniom. Na szczęście idąc do sklepu odkrywam, że przyglądanie się sobie, studiowanie siebie jest możliwe także w świecie zabieganym i wypełnionym obowiązkami.

środa, 2 maja 2012

Bezdomne umysły religijne


A gdybym miał napisać poradnik dla bezdomnych umysłów religijnych to bym go napisał chyba mniej więcej tak jak poniżej.

Po pierwsze celem duchowości jest bezpośrednie poznanie pierwotnej rzeczywistości. Chodzi, zatem głównie o to, aby poznać to, co jest różnie nazywane, ale jest pierwotną przyczyną, zasadniczą kwestią życia i śmierci. Aby tę pierwotną rzeczywistość poznać pojazdem, narzędziem jest nasz umysł, a zwłaszcza jego specyficzny stan. Stan umysłu poza dobrem i złem, poza słowami, poza koncepcjami, otwarty, uważny, bez kształtu jak woda. Jest, zatem celem zarówno owo poznanie jak i stan do tego poznania prowadzący. Przy czym pierwsze może być chwilowe, niezależne od starań, drugie zaś może być nieco bardziej trwałe, wymagające zabiegów i starań. 

Po drugie, że duchowość dla bezdomnych umysłów religijnych to wszelkie zabiegi do celu prowadzące. Ale także i to, co przydarza się mimo czy też poza rzeczonymi zabiegami. Że ważne jest, aby:
  1. Mieć Mistrza, Nauczyciela, kogoś, kto wie, kto widział to, czego szukamy, wreszcie, kto nam pomoże na naszej drodze,
  2. Mieć ludzi, z którymi różne nasze przypadki skonfrontować można,
  3. Mieć stała praktykę, powtarzalną i zdyscyplinowaną, aby jednokrotne wydarzenie nie odeszło i pozostawiło nas w gorszej kondycji.
Po trzecie, jakie są konsekwencje chwilowego poznania pierwotnej rzeczywistości. Dla zwykłego życia, nie zawsze są to konsekwencje miłe i przyjemne, choć i takie rzecz jasna bywają. A co może się zdarzyć:
  1. Przewrócenie różnych hierarchii wartości, coś, co było pożądane kiedyś, traci swój urok, coś innego zyskuje na znaczeniu. Co gorsza proces ten jest nieodwracalny, a ponadto okraszony kryzysami.
  2. Może się zdarzyć odczucie samotności potężne, wszak świat społeczny ku innym celom dąży. Nawet systemom religijnym może o coś innego chodzić.
Po czwarte, jakie etapy na tej drodze mogą się przydarzyć. Bardzo zgrubnie może być i tak, że:
  1. Najpierw żyjemy w braku w ogóle poczucia, że oprócz zaspokajania zwykłych potrzeb jest jakiś jeszcze świat. Jest jeszcze coś. Możemy nawet być religijni, jednak nasze modły obejmują nas, ewentualnie najbliższych. Żyjemy w świecie egoistycznym.
  2. Może nam się przydarzyć, że wejdziemy winny okres – okres, w którym pragniemy osiągać nieco większe cele, czy to społeczne, rodzinne, zawodowe, finansowe. Możemy dążyć do sławy, profesjonalizmu, bycia w czymś najlepszym. Nasza perspektywa czasowa nieco się wydłuża i zaczyna obejmować nawet kilka lat. Dom, dzieci, status społeczny. Nadal jednak może to być konwencjonalne, a nasze powodzenie definiujemy podobnie jak wszyscy. Modlitwy, o ile takie w ogóle jeszcze wznosimy są nieco bardziej szlachetne – żeby po nas coś zostało, żeby był pokój na świecie. Żyjemy w świcie konwencjonalnym.
  3. Możemy odkryć bogaty świat naszego wnętrza, naszych dążeń, naszej samorealizacji. Możemy odkryć, że to, do czego dążą wszyscy wokół to niekoniecznie to, co nas napędza. Może to być okres odrzucenia religii. Do tego stopnia, że nawet religię, jako taką można znienawidzić. Wchodzimy w świat post konwencjonalny. W tym miejscu drogi religijności i duchowości się zdecydowanie rozchodzą. Są osobne, a nawet postrzegamy je, jako sprzeczne ze sobą.
  4. Następny etap to etap połączenia wszystkiego ze sobą: celów zawodowych, rodzinnych i religii; zwykłego życia i absolutu; praktyk religijnych i duchowości. Z tym, że z pełnym zrozumieniem. Optyka przestawia się z przeżyć, na przeżywanie jako takie.


środa, 18 kwietnia 2012

I przepadł post ostatni

A że był pesymistyczny to może i dobrze. Po raz kolejny uczę się porzucania wszelkich oczekiwań. Tak niby wiadomo, że życie nieprzewidywalne, że akceptować to co się przydarza należy, że itd. Ale jak się proces całkowitego wywracania zaplanowanych planów dzieje, to jakoś tak nijako. Że przecież plan był dobry i dla mnie, i dla ludzkości. I tak porzucić? Ale i tak nic lepszego o tej porze do roboty nie mam, poza porzucaniem.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Wielkanoc

Poczytałem kilka gazet, kilka artykułów i ze zdziwieniem odkrywam, że w kazaniach biskupi mówią o wojnie z kościołem. Wierzyć się nie chce. Nie jestem katolikiem i widzę, może właśnie dlatego, że bardzo wiele elementów naszego życia społecznego podporządkowane jest religii katolickiej. Kilka z nich: święta (Wielkanocne i Boże Narodzenie), wolne niedziele, ilość przypominaczy (krzyże na cmentarzach, kościoły, kapliczki), ilość programów, gazet, audycji poświęconych katolikom. Słowem, gdzie się nie obejrzeć coś religijnego, a do tego katolicko - religijnego. Patrzę na to wszystko i nie widzę żadnej wojny z kościołem. Widzę raczej jego wszechoobecność. Nie rozumiem na czym owa wojna miałaby polegać?

A może by tak ten artykuł ktoś przeczytał jeszcze?

sobota, 31 marca 2012

Dwie kwestie

Po pierwsze. Jest chyba jakiś rodzaj dyskusji w naszym kraju na temat religii. Z jednej strony argument jest taki, że bez religii życie stanie się puste, pozbawione perspektywy wiecznej. Z drugiej, jednakowoż religia właśnie odpowiada za wiele wojen. Co zrobić? Może wyparcie religijności na rzecz pieniądza nie jest takie złe? Może lepiej kupić jakiś teren niż o niego walczyć?

Po drugie.  Odkrywam, że jednak zwariowałem. Kupuję książki, których nie czytam. Mam na półce różne pozycje, do których chyba nigdy nie zajrzę. Jednak ich kupno daje mi poczucie, ze już wiem co w nich jest i kiedyś może przy nich zasiądę. Miłą stroną tego zjawiska jest, że czasem odkrywam fajne książki stojące gdzieś w kącie i zakurzone. Czasem odkrywam, ze mam już książkę, którą właśnie przyniosłem z księgarni, a w ten sposób pojawia się idea prezentu dla kogoś. Tak czy inaczej to szaleństwo rozwija się z wiekiem. To pozostałość PRL'u, kiedy kupno ciekawej książki graniczyło z cudem lub było potężnym wydatkiem. Pamiętam jak kiedyś kilka miesięcy polowałem na "dżinsowe" wydanie Stachury. Teraz je kupiłem na nowo, bo stare przepadło w tysięcznych przeprowadzkach. Po otworzeniu jednej z nich, kartki wyfrunęły z grzbietu. Patrzę na moje książki i zastanawiam się co się z nimi stanie po mojej śmierci. Przecież nikt ich nigdy nie tknie. Nawet antykwariaty ich nie będą chciały. A one stoją sobie cicho. Czekają kiedy mnie i ich już nie będzie. A przecież czytałem wiele z nich pod kołdrą z latarką. Wiele z nich dało mi naprawdę wspaniałe przeżycia. To wszystko przemija.